Jestem miłym facetem ale czasem bywam rozkapryszoną kurwą... Czyli Gej Polski w natarciu
niedziela, 07 lutego 2010
List do M...

Jest tak wiele słów, które chciałbym Ci napisać. Niestety żadne nie jest warte tego żebyś je przeczytał. Jesteś nikim. Jak czarna dziura zasysasz wszystko dookoła, pochłaniając wszystko co dobre w ludziach. Wysysasz z nich miłość, ciepło, a sam nic im nie dajesz. Wszystko traktujesz tak jakby Ci się należało z góry, tak jakby inni musieli Ci zrekompensować, że zostałeś wychowany na skurwysyna. Tak, miałeś ciężkie dzieciństwo. Skończyło się wiele lat temu, a Ty nie potrafisz przejść nad tym do porządku dziennego. Wciąż zachowujesz się jak wielkie dziecko, jak idiota, który nie chce dorosnąć, bo już nic nie będzie mu podsuwane pod nos. Nie umiesz żyć tu i teraz. Wszystko co mówisz i robisz jest absolutnie bez sensu, chociaż Ty nadajesz temu jakieś mistyczne znaczenie. Myślisz, że kogoś obchodzi to co masz do powiedzenia? Otóż nie. Naucz się wreszcie, że każdy musi żyć dla siebie, że przyjaźń i miłość to tylko gra pozorów i udawanie, że wspólne życie prowadzi do jakiegokolwiek szczęścia. Z resztą spójrzmy prawdzie w oczy - jesteś żaden. Nie umiesz o siebie zadbać, wyglądasz przy swoich znajomych jak ubogi krewny ze wsi. Wolisz siedzieć w domu i się opierdalać, niż pójść na imprezę i zaszaleć. Wolisz piwo i faję wodną, niż życie. Nie dziw się, że nikt o Tobie nie myśli, że nikt nie jest po Twojej stronie. Nigdy nikt nie był. Zawsze byłeś tylko błaznem w oczach ludzi. Wesołym "czymś" z "czym" można się pośmiać, "co" można obgadać za "tego" plecami. Zrozum wreszcie, że nikt Cię nie szanuje. Nawet Twój już były facet Tobą gardzi i stara się Ciebie jak najszybciej pozbyć ze swojego życia. Zrobiłeś z Niego potwora, prawie takiego jakim sam jesteś. Zmarnowałeś Mu życie, chociaż mógł teraz kończyć studia u siebie w domu i wieść normalne życie. Ciągniesz wszystkich w dół, w którym sam siedzisz, i z którego nie możesz się wykopać. Ale zamiast w nim siedzieć i pogodzić się z tym, że nic więcej Cię w życiu nie czeka, że nic już nie osiągniesz, wciągasz do środka ludzi, którzy z litości podają Ci ręce. Nie, nie dlatego żeby Ci pomóc, ale dlatego, że jesteś żałosny. Ty i wszystko co robisz. Twoja bezradność jest żałosna, sposób w który żyjesz i co w swoim życiu robisz, a raczej czego nie robisz. Zamiast wyjść do ludzi, poznać kogoś, choćby żeby się poruchać, Ty wolisz siedzieć i opłakiwać związek, którego już nie ma, z osobą, która już nic do Ciebie nie czuje, poza odrazą, pogardą i chłodną obojętnością. Może kiedyś nawet coś dla Niego znaczyłeś, może kiedyś byłeś w jakiś sposób dla Niego ważny. Ale to się skończyło dawno temu. Dzięki Tobie i Twoim żałosnym gierkom. Masz dokładnie to, na co sobie zasłużyłeś. Nie należy Ci się kolejna szansa, nie należy Ci się litość, ani odrobina życzliwości. Pamiętaj o tym kiedy następnym razem będziesz prosił R. o powrót. On już nic do Ciebie nie czuje i nic nie poczuje. A Ty tylko się poniżasz, prosząc o to. Może się zmieniłeś, może jesteś już zupełnie innym człowiekiem. Ale Jego, nas, już nic to nie obchodzi. Przegrałeś tę wojnę. Zostałeś sam i tak naprawdę nikogo nie obchodzi co będzie z Tobą dalej. Jesteś n i k i m.

Może miałeś ciężko w życiu, może wychowali Cię na skurwysyna i mały miałeś na to wpływ. Może faktycznie nie dajesz sobie rady. To jest problem nikogo, tylko Twój. Jesteś inteligentny, może ponadprzeciętnie inteligentny. Ale wszystko co mógłbyś osiągnąć - zmarnowałeś. Miałeś narzędzia żeby stać się kimś wartościowym. Ale zmarnowałeś swoje życie. Studia, które zostawiłeś, miłość, którą spotkałeś, mimo, że w ogóle Ci się nie należała. Życie dało Ci wiele szans, a Ty z żadnej nie umiałeś korzystać. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Bo R. Cię kochał? Może. Od dawna jest inaczej. Od dawna chciał Cię zostawić, bo zdał sobie sprawę, że życie może być lepsze, że świat na Tobie się nie kończy. A ostatnie 2 lata, które tak z rzewnością wspominasz, były dla Niego tylko pasmem bólu, rozczarowań, smutku. Jeśli myślisz, że kiedykolwiek był szczęśliwy - nie był! Bo Ty dusisz szczęście we wszystkich dookoła. I choćbyś się zmienił, w co wątpię, to R. nigdy już nie zbliży się do Ciebie, nigdy nie spojrzy na Ciebie w sposób, o którym marzysz. On zamknął już ten rozdział na zawsze. Nie masz pojęcia jak żałosne jest to co robisz, ta cała próba zwrócenia na siebie uwagi. Najwyższa pora żeby przejść od słów do czynów. Uczyń nam tę przysługę i uwolnij nas wreszcie od siebie. Nie myśl, że będziemy po Tobie płakać, wręcz przeciwnie - kamień spadnie nam z serca. I nawet jeśli ktokolwiek pojawi się żeby Cię pożegnać - pogódź się, że zrobią to z jakiegoś obowiązku. Wrócą i zajmą się sobą, tak jakby nic się nie wydarzyło.

Właśnie dlatego jesteś NIKIM. Nie potrzebuję Cię ja, R., ani nikt inny. A jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej, to widocznie z jakiegoś powodu chce być dla Ciebie miły.

Żegnaj. I obym nigdy więcej nie musiał Cię znosić...

sobota, 06 lutego 2010
Dźwięk końca świata...

Coraz mniej słyszę. Coraz bardziej ograniczam wszystko to co wpada do mych uszu. Coraz mniej widzę. Coraz mniej czuję. Wszystko stanęło w miejscu, a ja nie umiem ruszyć tego dalej. Nagle poczułem jak bardzo jestem sam. Jak bardzo zawsze byłem sam. Wszyscy po kolei odwracają głowę i umywają ręce.

Boję się każdego kolejnego dnia. Boję się, że w jakimś histerycznym transie zrobię coś czego robić nie powinienem. Z każdym kolejnym przebudzeniem wstaję jednak coraz słabszy. Czekam. To tak jakby to była jedyna rzecz, która mi pozostała. Czekanie na słowo, smsa, krótki telefon... Czekanie żeby móc spojrzeć mu znowu w oczy. Był moim oparciem. Kimś, na kim chciałem się oprzeć kiedy będę stawał na nogi, kimś, kto będzie moją motywacją do leczenia. To wszystko dla Niego miało być. Nie dla mnie. Bo ja nie umiem dla siebie żyć. I nigdy nie umiałem. Ja jak księżyc świece tylko, kiedy odbija się we mnie cudze szczęście. Sam nigdy nie miałem aspiracji bycia szczęśliwym. A jeśli byłem - to tylko dlatego, że On był. A teraz? stałem się niechciany. Po raz kolejny w życiu ktoś uznał, że jestem już mu niepotrzebny i najlepiej gdybym zniknął. On tego nie mówi... ale ja to czuję, widzę w Jego oczach, jak bardzo chciałby żebym zniknął z Jego życia.

Przez ostatni miesiąc wszystko się zmieniło. Nadzieja, którą miałem pisząc ostatnią notkę w ubiegłym roku umiera razem ze mną. Nie będzie lepiej, nie będzie dobrze, nie przeczekam, nie przejdzie mi. Jeśli w ogóle dożyję do następnego roku, to i tak będzie to tylko rok jebanej, nędznej i nic nieznaczącej egzystencji. Tak jak nieznaczący jestem ja i ostatnie dwa lata mojego życia...

piątek, 05 lutego 2010
...

Chciałbym poradzić sobie z tym tak jak on. Łatwo, prosto. Bezproblemowo. Przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego. Wystarczy przecież telefon, dobry kolega, który zawsze gotów użyczyć pomocnej dłoni lub innej części ciała. I zycie od razu jest proste, łatwe i przyjemne.

Tylko, że ja tak nie umiem...

00:46, uncle_fuck , Runaway into true life
Link
wtorek, 02 lutego 2010
Będzie dobrze...

"Będzie dobrze" to najlepszy sposób żeby dać komuś do zrozumienia, że ma się w dupie jego problemy. Jeśli nie stać Cię na nic więcej niż "będzie dobrze", to najlepiej w ogóle nic nie mów. Kiedy wszyscy dookoła umywają ręce, bo "będzie dobrze", człowiek dopiero rozumie czym jest samotność. 

8,50 - tyle kosztuje ucieczka i wolność.

15:38, uncle_fuck , Runaway into true life
Link
piątek, 29 stycznia 2010
Samotnośc to taka straszna trwoga...

Nic już nie wiem. Znalazłem się w zupełnej pustce, której nie wypełnia zupełnie nic. Nie umiem się skupić, nie śpię, nie jem. Przestaję panować nad tym co mówię i robię.

Tak naprawdę nie chcę już żyć. Nie mam po co. Wszystko o czym marzyłem, czego pragnąłem, co było dla mnie zarówno celem jak i sposobem do jego osiągnięcia... zniknęło. Wszystko rozpłynęło się w powietrzu. Zostałem z niczym. Nie mam pracy, nie mam pieniędzy na studia. Wszystko zawaliło się z dnia na dzień. A ja już nie mam siły się podnosić. Nie, siłę może mam. Ale nie wierzę już, że cokolwiek może się zmienić. Nie ma miłości, nie ma szczęścia, nie ma radości z życia. To wszystko to jebane kłamstwa opowiadane dzieciom na dobranoc żeby miały po co żyć, żeby szybko dorosły, poszły do pracy i przynosiły pieniądze i czekały aż te wszystkie bajki się spełnią. Ja przez chwilę uwierzyłem w swoją. I byłem szczęśliwy. A kiedy jeszcze uwierzyłem w siebie i postanowiłem, że się zmienię... okazało się, że to za mało.

Nie umiem już sobie pomóc. To wszystko zaszło już za daleko. Sytuacja mnie niestety przerosła. Czuję, że powoli umiera we mnie wszystko co było choć trochę wartościowe. Dni zlewają się w jeden nieskończenie długi i męczący dzień. I ten jebany paradoks. Jedyna osoba, która może mi pomóc, to jednocześnie jedyna osoba, która jak najszybciej chciałaby się mnie pozbyć z życia... Piszę do Niego. Przelewam słowa na papier. Setki słów, których On nigdy nie zobaczy... Gdybym miał za co - upijał bym się każdego dnia coraz bardziej. Gdybym miał za co - kupiłbym bilet w jedną stronę jak najdalej się da i nigdy nie wrócił. Chcę zniknąć. I tym razem już nie po to żeby podładować sobie akumulatory i odzyskać radość, ale po to żeby móc cicho, samotnie, nie zakłócając niczyjego spokoju odejść...

16:22, uncle_fuck , Runaway into true life
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 176



statystyka